Komentarz pod ostatnim wpisem dał mi trochę do myślenia, ale o tym później...
Właśnie obejrzałam Dzwonnika Z Notre Dame Disneya i mam taki typowo zamyśleniowy humor. Bardzo mi się podobał, szczególnie dlatego, że opowiadał o akceptacji, którą można osiągnąć jeśli tylko się na nią ciężko zapracuje. Nie każdy ma tyle sił w sobie by wywalczyć sobie akceptację ludzi. Większość nie musi się nawet starać, bo jest akceptowana już od samego początku. Ale, czasem, zdarzają się osoby, które mają dobre serca i intencje, a mimo to zawsze zostają odrzucane.
Dlaczego tak się dzieje? Nie chodzi przecież tylko o wygląd. Czasem czynnikiem zrażającym do nas ludzi jest nasze zachowanie, a czasami zdarzają się ludzie, którzy po prostu mają w sobie 'to coś złego'. Ja takim człowiekiem byłam, a właściwie jestem...
Najlepiej wie to chyba tylko moja matka. Od dziecka, podobno, przebywałam głównie z dorosłymi. Znajomymi rodziny, którzy śmiali się jak taki mały dzieciak może nie nudzić się w ich towarzystwie. I nie siedziałam z nimi dlatego, że ich lubiłam. Tylko oni mieli na tyle taktu by nie mówić mi w twarz "spadaj, nie chcemy cię". Ograniczali się do żartów i ironii...
Starałam się dostosowywać. I gdzieś po drodze straciłam swoją niewinność... Nie, nie w jakimś dziwnie zboczonym sensie! Raczej...trudno to nawet właściwie opisać. Pamiętam czasy, gdy byłam beztroska i miła. Pogodna, pomocna, przyjacielska. Pamiętam to, ale jakby przez mgłę. Patrzę na zdjęcia i zastanawiam się kiedy mój świat stał się taki czarny? Chyba gdzieś na początku gimnazjum...chociaż...może już wcześniej? Gimnazjum było tylko zjadem w dół bez trzymanki. Nagłym zderzeniem z rzeczywistością. Gdy czasem nad tym rozmyślam, zauważam, że przecież już w podstawówce nie miałam znajomych. Nie byłam dobra w sporcie, ani w nauce. Nie byłam zbyt śmiała, ale za to biło ode mnie całkowitą naiwnością. Robiłam co chcieli, wszystko z radosnym uśmiechem, że ktoś mnie w końcu dostrzegł. Porzyczałam rzeczy i więcej ich na oczy nie widziałam. Nie skarżyłam się, bo nie lubiłam niezręcznych sytuacji. Któżby tego nie wykorzystał?
Kiedyś nie zauważałam, że mnie wykorzystywali. Nie przeszkadzało mi, że zawsze ja musiałam wszystko ludziom kupować, że przychodzili do mnie tylko gdy coś chcieli. Siedziałam blisko nich, ale byłam tylko tłem. I mimo wszystko cieszyłam się jak głupia, gdy tylko na mnie spojrzeli. Tak bardzo chciałam się z nimi przyjaźnić. Z moją klasą, z ludźmi ze szkoły, podwórka. Matka mówiła mi, bym ich nie słuchała, bym miała trochę asertywności. Wiele razy chciała dzwonić do ich rodziców, ale ją powstrzymywałam. Bo przecież nigdy nie powiedzieli mi w twarz nic złego, poza "trzymaj się z daleka", czy "nie wcinaj się do rozmów"... W gimie wszystko się zmieniło. Podejście ludzi, oraz moje podejście. Po pierwszych upokorzeniach obwiniałam siebie.
"Jestem głupia, dlatego tak mnie traktują"
Potem, po kilku szkołach, zrobiłam się obojętna. Będąc miła nie mogłam zdobyć ich uznania, czy chociaż spokoju z ich strony, a buntem narobiłam sobie tylko kłopotów. Zmieniłam styl, podejście, zachowanie. Nie nagle, z dnia na dzień... tylko powoli i raczej nieświadomie. Zaczęłam MYŚLEĆ. Niewiarygodne, co nee? Zaczełam DOSTRZEGAĆ. Któregoś dnia stanęłam przed lustrem i powiedziałam sobie "Kurde, ale ty jesteś żałosna. Nie dziwne, że ich wkurwiasz." Zaczęłam przypominać sobie różne sytuacje i widzieć w nich więcej niż dotychczas. Tak jak moja bluzka 'którą zgubiła Natalka, gdy ją ode mnie porzyczyła, ale OCZYWIŚCIE nie zrobiła tego specjalnie i przecież nic się nie stało, to tylko 50zł poszło się jebać'.
Albo moje lekcje "które spisywali ode mnie ludzie z klasy, bo sami mieli lenia, po czym babka po sprawdzeniu prac uznawała, że to JA spisywałam od innych i to JA dostawałam jedynki".
I kuźwa nigdy żadnego "przepraszam". Nigdy. To ja ich przepraszałam. Bo to JA nie lubię kłótni i MI zależało na dobrych stosunkach.
Ok... To nie ma sensu, takie pierdzielenie w kółko o tym samym i do tego w jednej notce >> *mineła mi faza zamyslenia i nastała faza obojętności* Nie pamiętam co właściwie napisałam...ale olać to. Nie żeby ktokolwiek to czytał, co nee?
Tak z innej NIECO beczki... Komentarz dał mi do myślenia. Jak wszystko, bo przecież ja rozmyślam nad kolorem liści jadąc tramwajem i nad wyglądem aktorów oglądając serial... A tym razem myślenie moje padło na, no nie zgadniecie, moją chorobę. Czy serio jestem chora? Powtarzam jak głupia, że tak, a wcale nie mam pewności. Tylko, co by ta pewność zmieniła? Załóżmy więc że NIE jestem chora. No, to super. Jeden problem mniej! Boli tylko fakt, że kilka lat życia, oraz kilka najcięższych tygów spędzonych na hospitalizacji i leczeniu, były zupełnie bez powodu. Z drugiej strony, jeśli ja jestem zdrowa to ludzie których poznałam w szpitalu powinni ruszyć dupy do szkoły, a nie wmawiać sobie (jak ja) że są chorzy bo mają lenia i im się nie chce... Cóż, dziwny jest ten świat ./'
Tak czy inaczej. Jestem zdrowa. Załóżmy że mam co do tego pewność. Skoro jestem zdrowa, a mimo to jestem tak zajebiście żałosna, że nie umiem ruszyć dupy do szkoły i sobie poradzić, nie umiem się nie-rozpłakać i nie-trząść jak galareta, gdy ktoś na mnie podnosi głos, jeśli jestem aż tak bardzo beznadziejna, że WYCZYNEM jest dla mnie zrobienie trzech zadań z polskiego, które i tak później okazują się zrobione źle...to chyba serio mam przesrane, nie warto się nawet starać, charakteru nie zmienię, nie umiem, a skąd pewność że nie umiem? Bo próbuję to zrobić odkąd poszłam do gima (z 4-5 lat będzie...może nawet 6?!) i jak dotąd robię się tylko gorsza i gorsza (czego nie zapomina mi wytknąć moja rodzinka, ludzie wokół mnie oraz ja sama na czele niczym dowódca armii zagłady mojej psychy).
O tak. Mam P-R-Z-E-J-E-B-A-N-E. No, chyba, że jestem chora. Wtedy jedynym plusem jest to, że mam możliwość zwalenia całej winy na moje schorzenie, CHOCIAŻ jestem taką żałosną emocjonalną dupą, że nie potrafię nawet tak prostej rzeczy zrobić jak zwalenie winy na chorobę i zamiast tego zwalam ją na siebie 'samobiczując' się minimum kilka razy na dzień. Ah i pamiętajmy, że bycie chorą oznacza dla mnie również brak zupełnej nadziei bo BPD NIE da się wyleczyć.
Nie wiem jak ludzie mogą wogóle pomyśleć, że sobie wmawiam coś tak dobijającego. To tak jakbym wmawiała sobie że mam raka płuc O_o Chociaż, może to wina tego że mnie nie znają? A może wina objawów? Są tak 'pospolite', że aż trudno zrozumieć, że mogą istnieć ludzie których objawy te mogą doprowadzić do odebrania sobie życia. Ah, a może to po prostu moja wina? Nie zdziwiłabym się, w końcu ja jestem winna wszystkiemu. Serio. Naprawdę tak uważam. To, że ktoś po przeczytaniu tych pierdół sraci kilka minut życia to też moja wina bo ja je napisałam i przeze mnie musiał to czytać! Jestem tak żałosna...aż mnie to boli. Oh i wkurzam ludzi i siebie. I świat i boga, choć nie wierzę by istniał, też z pewnością wkurwiam jak diabli. I powinnam nie żyć, ale żyję. Bo się boję zabić i, nie zgadniecie, strasznie mnie to wkurwia. Innych pewno też. Bo ja, podobno, jestem strasznie 'inny i przez to osobliwa/interesująca'. Tia, do czasu aż nie rzucę w ścianę konsolą, nie rozrycze się, nie pobiadolę a potem nie uśmiechnę i nie zacznę sypać uszczypliwymi uwagami czy wrednymi żarcikami.
Jestem Sobą, Sobą, Sobą i Sobą. I każde moje Ja jest okropne w inny sposób. I każde, świadome swej słabości i durnoty, pragnie tylko ulżyć światu śmiercią. Ale boga nie ma, a szatan mnie za bardzo kocha by mi na to pozwolić...
Każde moje Ja strasznie się stara, ale każde Ja upada głośno na ziemię bez sił, gdy widzi, że znów ludzie źle odbierają dobre intencje i starania, lub nie zauważają ich wcale.
I jak tu się starać? Jak żyć? Mówcie, piszcie mi, że powinnam się zmienić, że powinnam chociaż spróbować. A ja się zaśmieję pusto. Bo próbuję, a wy, niestety, tego nie dostrzegacie...
Current Mood: 
recumbent
Current Music: Christophe Mae - Et Vice Versailles